niedziela, 24 stycznia 2016

O pokonywaniu własnych możliwości czyli Rowerowe Dystanse!



Podczas dłuższych wypraw rowerowych w ciągu dnia pokonuje się zazwyczaj trasę ok. 100 km. Jest to średnia dla większości sakwiarzy. Taki dystans jedzie się w mniej więcej 5 godzin, ale oczywiście zależy on od podłoża i terenu, po którym się poruszamy. Reszta godzin schodzi na typowe czynności: jedzenie, rozbicie obozu, higienę, odpoczynek. A co, jeśli chcemy odrzucić na chwile sakwy i sprawdzić się, pokonując dłuższy rowerowy dystans? Wtedy dzień wygląda zupełnie inaczej!



2 października 2012 roku przejechałam samotnie swoje pierwsze 200 km. To była trasa Gdańsk – Hel – Gdańsk. Wyruszyłam punktualnie o 06.00 i wróciłam ok. 20.00. W październiku robi się coraz ciemniej, więc ostatnie kilometry pokonywałam po zapadnięciu zmroku, ale na szczęście będąc już w mieście. Byłam wówczas z siebie taka dumna! Jednak szybko stwierdziłam, ze chcę więcej! Tym razem padło na 300 km. W fazie planowania wydawało mi się to zupełnie nierealne, przecież to prawie tyle, co z Gdańska do stolicy, że nie da się tyle w ciągu jednego dnia. Wiedziałam, że istnieją osoby, które przejeżdżają 500 km, 800 km, a nawet ponad 1000 km w ramach rowerowych ultramaratonów, ale szeroko pojęci Oni wydawali mi się odrębną kategorią. Swoją pierwszą trzysetkę rozważałam pod kątem „zwykłych rowerzystów”, którzy nie są oswojeni z długimi rowerowymi dystansami. Stawiając czoło temu wyzwaniu wybrałam się wspólnie z Giovannim, który ustalił trasę z Gdańska na Wejherowo i krążąc po okolicznych gminach. Przerwy, które robiliśmy sobie po kilka minut, najdłuższa trwała pół godziny. Zależało nam, aby skończyć trasę przed północą i cel został osiągnięty – jechaliśmy od 06.00 do 23.30.


Moją rowerową życiówką jest dystans 369 km. Nie, nie dałam rady już tego kilometra więcej. Plan zakładał wtedy 400 km, ale mimo, że był to czerwiec, to trafiliśmy na wyjątkowo wietrzny i zimny dzień (było ok. 13 st. C, a w nocy jeszcze zimniej). Walka z jazdą pod wiatr wykończyła nas do tego stopnia, że oboje po raz pierwszy zasypialiśmy nad kierownicą (najgorsze godziny to pomiędzy 03.00 a 05.00 rano). Trzeba było na siłę mówić do siebie jakieś totalne głupoty, byle nie dopuścić do ciszy podczas jazdy. Całe szczęście, że droga nocą była zupełnie pusta, choć obawiałam się pijanych kierowców wracających z weselisk.




Przyznam, że lubię od czasu do czasu zafundować sobie dłuższy dystans rowerowy, bo wyzwania i podnoszenie coraz wyżej poprzeczki w sporcie to coś dla mnie. Jednak jeśli mam do wyboru wyjazd z sakwami i namiotem a dłuższy dystans, to wybieram to pierwsze. 

Obojętnie, czy jesteś początkujący w długich dystansach rowerowych, czy jesteś już obeznany w temacie, jest kilka podstawowych zasad, o których warto pamiętać:

  1. Absolutnie nie można decydować się na dłuższą trasę bez wcześniejszych przygotowań pod kątem kondycji fizycznej! Nie sprawi nam to żadnej przyjemności i zniszczy nasze mięśnie na długi czas. 
  2. Lampki rowerowe na przód i tył, a jeśli jedziemy w nocy, to najlepiej dwie przednie – jedna oświetlająca jezdnię, druga oświetlającą drogę przed nami.
  3. O kasku, kamizelce bądź odblaskach, to chyba nie muszę pisać, co nie?
  4. Spodenki rowerowe z dobrą wkładką tzw. pampersem. Kto próbował pokonać dłuższą trasę w zwykłych getrach bądź z cienką wkładką, ten wie o co cały szum.
  5. Warto zrezygnować z nakładki na siodełko, przy dłuższych dystansach, to się nie sprawdzało.
  6. Krótkie przerwy, bo długie rozleniwiają.
  7. Obligatoryjne rozciąganie się po zakończeniu treningu. Zdarzyło mi się tę czynność zlekceważyć i nie skończyło się to dobrze.
  8. Woda, woda, duuuużo wody!


Ostatni dłuższy dystans odbyłam w swoje imieniny w maju, w ramach treningów przygotowawczych do wyprawy norweskiej. Czy będą kolejne? Na pewno, aczkolwiek im dłużej jeżdżę po naszych drogach, tym mniej bezpieczniej się na nich czuję. Marzy mi się dłuższy maraton, na przykład w Skandynawii. Czemu nie?

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka