wtorek, 2 lutego 2016

Jazda w deszczu


Chyba żaden rowerzysta nie przepada za jazdą w deszczu. Jeśli jest to krótki dystans, przykładowo jazda do pracy, to nie widzę żadnego problemu. Dojeżdżamy do pracy, przebieramy się w suche gatki i pracujemy. Jeśli akurat jesteśmy w trakcie pokonywania długiego, jednodniowego dystansu, to oczywiście będzie się nam gorzej jechać, ale po kilku czy kilkunastu godzinach wracamy do domu, bierzemy ciepłą kąpiel, pijemy gorącą herbatkę i cieszymy się z pokonanego dystansu. Zupełnie inaczej prezentuje się jazda w deszczu podczas dłuższych wypraw rowerowych.



Swoja miesięczną wyprawę do Norwegii zaplanowałam na sierpień. Wyczytałam w artykule poruszającym tematykę pogody w Skandynawii, że jest to najbardziej deszczowy miesiąc. Powiem tak -  twórcy artykułu nie kłamali! Zgodnie z obietnicą przez trzy tygodnie na cztery, miałam codziennie deszcz. A deszcze w Norwegii nie są do zapomnienia, gęste, zimne, upierdliwe strasznie. Często występują w towarzystwie silnego wiatru.



Na początku się wściekałam. Zdarzało mi się siarczyście zaklnąć. Szybko jednak zmieniłam front, ponieważ deszcz zupełnie się nie przejmował faktem, że doprowadza mnie do szału. Mogłam sobie krzyczeć ile chciałam, a i tak mnie nikt nie słyszał, a nawet jak słyszał, to przecież nie rozumiał. Doszłam do wniosku, ze najlepszym sposobem będzie po prostu deszcz całkowicie ignorować i jechać dalej. Jedyne czego pilnowałam, to aby codziennie mieć suche ubrania do śpiwora, reszta mogła moknąć. Mokre rzeczy kładłam obok siebie, przy odrobinie szczęścia podczas nocy w namiocie lekko podeschły, nakładałam je rano w stanie mniej lub bardziej wilgotnym. Podczas jazdy podsychały na mnie, żeby potem znowu mogły spokojnie moknąć. I tak w kółko.



Plusem wilgotnej pogody były widoki, zwłaszcza na północy Norwegii. Jeśli czytacie norweskie kryminały, to doskonale wiecie co mam na myśli. Szare chmury wisiały bardzo nisko nad ziemią, codziennie można było oglądać tajemnicze mgły i te skrzeczące mewy przy brzegach. Było w tym coś magicznego!



Podczas wspominanej dłuższej wyprawy w deszczu chciałabym wyróżnić dwie rzeczy, które ułatwiały moja mokrą podróż. Pierwsza to termos. Wydawałoby się oczywiste, a jednak to była moja pierwsza wyprawa rowerowa, na którą wzięłam ze sobą termos. Teraz zastanawiam się czemu nie robiłam tego wcześniej? Na wyprawę norweską zabrałam go ze względów oszczędnościowych. Wiedziałam, że będzie zimno i nie wypłaciłabym się, gdybym miała kupować sobie herbatę na stacjach benzynowych czy przydrożnych barach. Podczas pierwszego posiłku, przygotowując owsiankę, zalewałam herbatkę w moim pożyczonym supertermosie. Czasami wystarczył jeden ciepły łyk herby posłodzonej dżemem, aby rozgrzać zmarznięte mięśnie i poprawić sobie humor.



Drugim fantastycznym gadżetem były ochraniacze na buty. Materiał (cordurę) dostałam w prezencie od kolegi, projekt był mojego autorstwa, a Wykonawczynią została moja mama. W sklepach nie znalazłam ochraniaczy, które spełniałby moje oczekiwania, pełno jest produktów z pianki, która przemaka po 30 minutach. Niestety po kilku godzinach jazdy w gęstym norweskim deszczu i te ochraniacze przepuszczały wodę. Takie właśnie są tam deszcze!



Po tygodniu jazdy w deszczu  i spaniu w wilgotnym namiocie, zupełnie zdystansowałam się do panujących warunków atmosferycznych i zaczęłam rozróżniać rodzaj padającego deszczu. Zatem poznajcie hitlera, stalina oraz gierka. Hitler  objawiał się wielką intensywnością, zazwyczaj budził rano, mocno pukając w tropik i przez cały dzień nie tracił na intensywności. Był przewidywalny. Stalin natomiast potrafił zaskoczyć. Budzisz się patrzysz w niebo, myślisz: „Nie pada! Tak jakby przejaśnia się!”. Jedziesz parę kilometrów ciesząc się brakiem opadu, aż tu nagle pojawia się On. Zaskakuje Cię, a siłę rażenia ma jak hitler. Gierek natomiast też wkurzał, ale był do zniesienia, nie był tak bardzo inwazyjny jak jego poprzednicy.




Jestem ciekawa jakie są Wasze sposoby na jazdą w deszczu?


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka