środa, 18 maja 2016

Prawo jazdy - jak mi się udało?




„Masz ojca instruktora i cięgle nie masz prawka?!”. To pytanie naładowane wielką nutą niedowierzania słyszałam z ogromną częstotliwością przez ostatnie 10 lat. Przyznam, że zawsze byłam ponad to. Nie interesowały mnie samochody (w sumie ciągle mnie nie interesują), prowadzenie auta, nie przemawiały też do mnie argumenty typu „to ważny punkt w CV” czy „to się przydaje w życiu”. Zupełnie nie czułam takiej potrzeby.



Kilka lat temu pod wpływem chwili i naporów, zdecydowałam się wykupić kilka lekcji w jednej ze szkół i przymierzyć się do tematu prawa jazdy. Zraziłam się wtedy jeszcze bardziej, odniosłam wrażenie, ze instruktor odhacza kolejne lekcje, a nie skupia się na tym, żebym cokolwiek z tego wyniosła. Po tamtych doświadczeniach stwierdziłam - żadnego prawka nigdy! Nie, nie, nie!

Temat powrócił do mnie pod koniec 2015 roku. Wówczas po powrocie z Norwegii miałam mnóstwo energii i nowych pomysłów na siebie. Postanowiłam: „od października idę na kurs!”. Tylko tym razem zrobię to porządnie. Wybrałam najlepszą szkołę jazdy w Gdańsku, postanowiłam się nie spieszyć, mimo, że wisiała nade mną zmiana przepisów, która i tak ostatecznie nie została wprowadzona. Szkoła mnie nie zawiodła, po teorii przydzielono mi instruktora, któremu zależało na tym, aby mnie nauczyć, a do tego okazał się super sympatycznym człowiekiem. Także przychodzenie po pracy na jazdy było przyjemnością! Czułam się przygotowana do egzaminu co odbiło się zadaniem za pierwszym razem! Ha! I to w Dzień Kobiet! Stres tego dnia był paraliżujący, z cyklu tych niekomfortowych. Jednak towarzyszył mi on głównie w tej poczekalni PORDu (Pomorski Ośrodek Ruchu Drogowego) z racji na panująca tam grobową atmosferę. Z prawej ktoś płacze, z lewej ktoś klnie, co jakiś czas przejdzie ktoś uśmiechnięty, to szczęściarz, który przed chwilą zdał i wszystkich wkurza, a Ty czekasz i czekasz na wyświetlenie tego bezosobowego numerka. Jak już mnie wylosowali, to ten cały stres zupełnie ze mnie zszedł, weszłam do samochodu i po prostu jechałam, jak na jazdach. Myślę, a wręcz jestem tego pewna, że bardzo pomogła mi jazda na rowerze. Te wszystkie kwestie upewniania się na drodze, zwracanie uwagi na rowerzystów na przejściach miałam opanowane.



To, co mnie absolutnie zaskoczyło, to fakt, że naprawdę polubiłam prowadzenie. To bardzo miłe uczucie, przekręcasz kluczyk i jedziesz, gdzie chcesz. Kontrolujesz każdy ruch tej maszyny. Czy po zdaniu jeżdżę? Tak, staram się jak najczęściej. Jeżdżę bardzo przepisowo, wkurzam wolną jazdą wszystkich cwaniaków, którzy na ciągłej nie mogą mnie wyprzedzić! W zestawieniu rower – samochód, oczywiście wygrywa rower, ale myśl, że mogę ten rower władować na dach samochodu, pojechać daleko i zacząć traskę, jest całkiem kusząca.



Cieszę się, że trafiłam na kurs i temat prawa jazdy mam już za sobą. Nie zdawałam sobie sprawy, że bycie Rowerzystko-Kierowcą tak bardzo zwiększy moją świadomość podczas poruszania się po drodze. Przestałam się aż tak wściekać na kierowców, ponieważ rowerzystom rzeczywiście zdarza się pojawić znikąd przed maską samochodu, często nie sygnalizują swoich zamiarów zmiany kierunku i zachowują się dość chaotycznie. Dodatkowo wgłębienie się w świat przepisów zwiększyło moje poczucie bezpieczeństwa jako Rowerzystki. Nie muszę się zastanawiać czy teraz mam pierwszeństwo, co mam w danej sytuacji zrobić. Tylko po prostu, jadę sobie.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka