niedziela, 17 lipca 2016

Demawend. Opowieść o takim jednym irańskim pięciotysięczniku.

Jak doskonale wiecie mój blog jest zdominowany przez podróże rowerowe. Długo szukałam swojej pasji i właśnie jazda na rowerze jest tym przysłowiowym numerem jeden. Ale zanim zaczęłam intensywnie i regularnie podróżować na dwóch kółkach, jeździłam w nasze polskie góry. Co ciekawe za granicą w górach, na trekkingu nigdy wcześniej nie byłam. Propozycja wyjazdu do Iranu na zwiedzanie miast oraz zdobycie najwyższego szczytu tego kraju, spadła mi z nieba! Dołączyłam się jako szósta osoba do grupy znajomych z naszego koła turystycznego - SKPT (Studenckie Koło Przewodników Turystycznych).


Co jeść na rowerowej eskapadzie?

Suszone banany, masło orzechowe i chleb to połączenie idealne :D

Od dawna mamy wybrane miejsce, mapa już się zdążyła lekko podrzeć od obmyślania trasy, bilet już dawno kupiony, bo wiadomo im później, tym gorzej. Milion myśli w głowie co też nas spotka w trasie tym razem! Przygoda, przygoda! To teraz zejdźmy na chwile na ziemię. Bo poza widokami, przygodami, coś tam czasem trzeba jeść. Ups, no właśnie... Jeśli jedziemy do kraju, w którym cena żywności nie odbiega od cen w Polsce (albo ruszamy właśnie poznawać lepiej nasz piękny kraj), to nie musimy się tak spinać, bez problemu możemy zaopatrywać się każdego dnia, wówczas mamy lżejsze sakwy i wszystko jest piękne. 

 

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka