niedziela, 17 lipca 2016

Co jeść na rowerowej eskapadzie?

Suszone banany, masło orzechowe i chleb to połączenie idealne :D

Od dawna mamy wybrane miejsce, mapa już się zdążyła lekko podrzeć od obmyślania trasy, bilet już dawno kupiony, bo wiadomo im później, tym gorzej. Milion myśli w głowie co też nas spotka w trasie tym razem! Przygoda, przygoda! To teraz zejdźmy na chwile na ziemię. Bo poza widokami, przygodami, coś tam czasem trzeba jeść. Ups, no właśnie... Jeśli jedziemy do kraju, w którym cena żywności nie odbiega od cen w Polsce (albo ruszamy właśnie poznawać lepiej nasz piękny kraj), to nie musimy się tak spinać, bez problemu możemy zaopatrywać się każdego dnia, wówczas mamy lżejsze sakwy i wszystko jest piękne. 

 



Ale jadąc do kraju, gdzie chleb kosztuje tyle co dwudaniowy obiad i to z dużym piwem w dodatku, wówczas zaczynają się schody, a przynajmniej dla mnie. Powiecie, Dżoanna, kup sobie tonę zupek chińskich i puree ziemniaczane, zagotujesz wodę, zalejesz, będzie pysznie! Aha. No nie bardzo. Ja po prostu takich rzeczy nie mogę jeść, bo mi żołądek odmawia współpracy, wrażliwy taki jest, cóż poradzić. Wiadomo, że żywienie się w trasie nigdy nie będzie takie jak w domu, ale nie ma co iść na łatwiznę i faszerować się chemią, jeśli można trochę pokombinować.


Śniadanko!

No to co właściwie zabrać ze sobą, żeby było tanio, dobrze dla żołądka i smacznie?

To, żeby było tanio, zdrowo i smacznie to jedno, ale żeby to jeszcze sensownie zapakować na rower. Bo przecież nie wezmę blendera i nie podłącze go do... no właśnie do czego... próbując wymiksować sobie modne ostatnio (i pyszne zarazem) smoothie albo nie załaduję na sakwę trzech kilogramów selera naciowego, bo taki zdrowy.

W zeszłym roku opatentowałam swój sposób i się z Wami nim podzielę, bo bardzo mi się w Norwegii sprawdził. Jadałam od 4 do 5 posiłków czyli tyle ile jest zalecane w codziennej diecie. Nawet tego specjalnie nie planowałam, tak samo wyszło, po prostu.
A! Podkreślam, że nie jestem na żadnej zdrowotnej diecie typu bezglutenowa i jestem wszystkożerna, więc w tej sytuacji wymyślanie posiłków było łatwiejsze.

Kasza jaglana, kaszka dla dzieci i owsianka z wkładką to moi rowerowi przyjaciele! Nie, nie miałam na wyprawie tacki z ptakami i ceramicznych miseczek ;)



Śniadanie
To mój ulubiony posiłek, nigdy go nie pomijam i na wyprawie rowerowej tym bardziej. To silnik całego dnia.
W Norwegii było bardzo zimno, zatem rano starałam się zawsze zjeść coś na ciepło. I zawsze była to owsianka albo wariacja na temat owsianki, Podgrzewałam wodę, zalewałam moją owsiankową breję, a resztki wody podlewałam jeszcze termos, żeby mieć ciepłą herbatkę pod ręką.

Co to jest owsiankowa breja? Jest to wesoła mieszanka na przykład: płatków owsiany/jaglanych, otrębów, sezamu, wiórków kokosowych, żurawiny, suszonych moreli, słonecznika, dyni, rodzynków jak ktoś lubi (ja nie znoszę!), orzechów etc. Do wyboru, do koloru. Bardzo zapycha, długo trzyma uczucie sytości i jest pyszne. Na pewno znacie i kochacie. A jak chciałam sobie dogodzić, to zamiast wody czy mleka, kupowałam mleko czekoladowe. Omomomom! Pycha.


Jedno z piękniejszych śniadań podczas całego wyjazdu.



Z cyklu rarytas! Mleko czekoladowe.

Drugie śniadanie 

Głodna ponownie robiłam się po około 3-4 godzinach pedałowania. I co wtedy? Nie bawiłam się już w wyjmowanie palnika i grzanie wody, tylko ten posiłek zdominował chleb, smarowałam go masłem orzechowym i na to wymyśliłam sobie opatulenie kanapek suszonymi bananami. Ależ to było dobre! I tu mała uwaga: ostatnio na rynku są masła orzechowe w plastikowym opakowaniu, zawsze troszku lżej. Takie informacje lubimy, prawda?

Jak masło orzechowe z Polski się skończyło, to kupowałam pasty rybne. Otóż wybór produktów spożywczych na bazie ryb jest w Norwegii przeogromny, co w sumie zaskakujące nie jest. Rozpiętość cenowa, także przeogromna. Dla każdego coś miłego.



Ależ to było doskonałe połączenie!


Trzecie śniadanie

Patrz podpunkt "drugie śniadanie" :)


Najzimniejszy poranek w Norwegii i kończąca się już pasta rybna.

Trzecie śniadanie, a może to już łapie się na podwieczorek?

Dwa słowa: Chleb. Dżem. Tyle w temacie. Dżemy w Norwegii są bardzo dobre, zwłaszcza z żurawiny. Sprzedaje się je w kilogramowych i uwaga plastikowych (!) pojemniczkach. Idealne na kanapki, ale też jako słodzik do herbatki. I kolejna uwaga - kosztują około 10 zł za 1kg. Jasne, że mają dużo cukru, ale szczerze? Przy takim wysiłku, to cukier robi swoje i opuszcza nasz organizm błyskawicznie.
Jako podwieczorek zdarzały się też różne niespodziewane podarki, jak na fotce poniżej. Truskawki z farmy pod Trondheim. Po tylu dniach bez owoców, to był fantastyczny smak!


Truskawki zrywane prosto z krzaczka.


I wreszcie - obiad! 

Jedzony zawsze na koniec trasy danego dnia. Wiadomo, duży posiłek rozleniwia, a poza tym potrzebujemy dłuższego czasu na strawienie, także moment rozbicia obozowiska na wieczór jest na celebracje tego posiłku idealny, czyż nie?
Co jadłam? Podstawą był kuskus albo makaron typu nitki. Oczywiście ze względu na szybkość przygotowania. Co na to? Kiełbasa próżniowo pakowana, przyprawy wedle uznania albo puszki z rybą w sosie pomidorowym. Przywiezione z Polski (ale nie ma co tego wozić, w Norwegi jak wspomniałam ryby są dostępne w przystępnych cenach). A czasem spotykały mnie takie rarytasy jak polskie jedzenie ze słoików - od przesympatycznego małżeństwa z Olsztyna! Dziękuje :)


Flaki od Małżeństwa z Olsztyna były miłą odmianą po wielu dniach pod tytułem kukus z rybą. Oni mieli dosłownie wszystko z Polski "Po co przepłacać?", pytali. No ba, zgadzam się, po co?

Obiad na Lofotach w trakcie przygotowywania.

I to tyle. Takie jedzenie nie zniszczy nam żołądka, jest smaczne i bardzo szybkie w przygotowaniu. Gotowałam oczywiście w menażkach na palniku z wkręcanymi butlami typu Primus. Nie polecam kupowania palników tylko na butle typu Campingaz, ponieważ poza Polską i Francją, chyba nie są specjalnie popularne, trudno jest je kupić, a primusy jak najbardziej. Można też używać palników benzynowych, ale one mnie jakoś nie przekonują. To pompowanie, niespodziewane strzały płomieniem. Niee.

A po dotarciu do Oslo, Krysia zaserwowała TAKIE śniadanie. Królewskie, ot co!

Po miesiącu biwakowania, śniadanie królewskie made by Krysia.
 






Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka