niedziela, 17 lipca 2016

Demawend. Opowieść o takim jednym irańskim pięciotysięczniku.

Jak doskonale wiecie mój blog jest zdominowany przez podróże rowerowe. Długo szukałam swojej pasji i właśnie jazda na rowerze jest tym przysłowiowym numerem jeden. Ale zanim zaczęłam intensywnie i regularnie podróżować na dwóch kółkach, jeździłam w nasze polskie góry. Co ciekawe za granicą w górach, na trekkingu nigdy wcześniej nie byłam. Propozycja wyjazdu do Iranu na zwiedzanie miast oraz zdobycie najwyższego szczytu tego kraju, spadła mi z nieba! Dołączyłam się jako szósta osoba do grupy znajomych z naszego koła turystycznego - SKPT (Studenckie Koło Przewodników Turystycznych).



Nie będę w jednym poście opisywać całej wyprawy, skupię się teraz tylko na wejściu na Demawend. O reszcie mam nadzieję, ze napiszę później. I jako, ze jestem bardzo sentymentalna, wykorzystam do tego swoje zapiski z podróży. Te sprzed sześciu lat: 

Po długiej, nocnej, siedzącej i głodnej podroży autobusem, taksówką, metrem, busem docieramy do Teheranu, a dokładnie na dworzec wschodni. Dochodzi tu do pomnożenia i z naszej czwórki, która skompletowała się na lotnisku w Stambule, stała się szóstka. Zgodnie z planem dołączyli do nas Ania i Cichy. Wsiadamy skompletowani do kolejnego autobusu, który wywiezie nas w podnóża naszego pięciotysięcznego celu. Jadąc, dostajemy standardowy autobusowy zestaw batonikowy i Ania zawiera znajomość z Panią Bizneswoman, która obdarowuje ją lusterkiem i ostro komentuje ideę noszenia przez kobiety chust.


Tam idziemy! O, tam!



Sprawnie docieramy do Polur, małej wsi, gdzie znajduje się pierwsza baza turystyczna. Nie sposób jej ominąć, trzeba się zameldować, dowiedzieć o pogodę, warunki trekkingu. Okazuje się, że zachodnia droga na Demawend odpada i będziemy wędrować jednak południową, a więc płatną. Ale troszkę, targowania (w którym Ania przez cały wyjazd była zdecydowaną Mistrzynią) i spuścili cenę. Mało tego, nawet pozwolili nam zostawić rzeczy, które w górach byłyby tylko przeklinanym balastem. Niestety, równocześnie dopada mnie zatrucie pokarmowe.  Dolegliwość ta jest dość powszechnym zjawiskiem przy takiej zmianie klimatu. Nie wiem czy tym razem była sprawka wody, a może jedzenia, a może niedokładnie umyłam ręce.


Jeszcze ostatnie przepakowania i ruszamy!



Pierwszego dnia nocujemy w bazie z meczetem. I tej właśnie nocy chcę ulżyć brzusznemu cierpieniu i po wyjściu z namiotu widzę najpiękniejszą noc ze wszystkich już oglądanych! Gwiazda na gwieździe, gwiazda gwieździe nie równa, gwiazd miliony, niczym nie zdewastowane, bezchmurne niebo. Cuś niewyobrażalnie pięknego! Stoję tam i stoję. Jak długo? Parę minut? Kwadrans? Pół godziny? Trudno powiedzieć, ale wiem jedno, nie mogę oderwać wzroku od tego spektaklu.

Ostatnia baza.



Z rańca dochodzimy do najwyższej bazy (4 200 m. n.p.m.). Pojawia się chłodek, wysokość daje o sobie znać. Widać było sporo ludzi spragnionych pięciotysięcznika podobnie jak my. Ktoś wchodzi, ktoś schodzi, a ktoś jeszcze inny postanawia w nocy sobie pokrzyczeć. Tylko ciszę płoszy. A cisza w górach jest najpiękniejsza. Taka potężna i nieśmiała zarazem.

Wysuszające słońce.


Ej, odwrócicie się do fotki z Panią Górą.

Ale sucho, co?


Każdemu z nas w mniejszy czy w większy sposób wysokość w postaci 4200m daje już w kość. Mnie dość inwazyjnie dopada jakoś wieczorem. Miałam wrażenie jakby ktoś bardzo ciężki usiadł mi na klatce piersiowej i za nic nie chciał zejść. Bodzio wyprowadza mnie więc na spacer, w dół oczywiście, co bym równowagę pochwyciła i odrzuciła myśli o mózgu i jego potencjalnych obrzękach. Chwile tam siedzieliśmy. Podziałało. Rano budzę się rześka jak kozica, gotowa na wyzwanie.




Sucharki z Polski też doczłapały się do ostatniej bazy.

Leniwy zachód.

Baza.



Wejście na nasz wulkan jest dość indywidualną sprawą, ale rzec mogę jedno: do 5000m dało jakoś radę, wyżej zaczynały się widoczne aklimatyzacyjne problemy. Szło się długo, powoli, powłóczyście, co 20metrów chciwie łapiąc tlen. A u góry połykaliśmy także siarkę, jakby przypadkiem sam tlen nie wystarczał. Niektórzy potaplali się także po śniegu albo mieli zjazdy na żwirze. Generalnie bez kijów niełatwa sprawa. Na szczycie czekała na nas gloria i chwała, a także wysuszone zwierzęta przyczepione do skał. Spocząć można było na dywanach z flag. Ale radość połączona ze zmęczeniem nieziemska! Byłam przeszczęśliwa, że wlazłam na tego Szatana. Bez aklimatyzacji, która odbyliśmy dzień wcześniej, szczytowanie mogłoby się nie udać. Toteż gratulacje dla Marty i Sławka za pierwsze podejście!

No idę, idę przecież. Jakoś...


Te żółte naloty to oczywiście siarka.

Trochę śniegu, trochę chmur.

Oł je! Udało się!!!!!! Szczyt zdobyty!



Schodzenie też było kwestia indywidualną. Niektórym z nas z każdym krokiem dodawało skrzydeł, a niektórym wręcz przeciwnie. Zaliczałam się do drugiej grupy, zdecydowanie bardziej komfortowo czułam się wchodząc niż schodząc. Dokładnie tak samo mam z podjazdami na rowerze. Fantastyczną niespodzianką była ciepła breja, która na nas czekała zaraz po zejściu. Sprawka Sławka! Cud-miód. Ależ to smakowało.

Dotarlim do bazy! Ale te okulary to mogłaby mieć Pani bardziej profesjonalne!


Następnego dnia pogoda postanowiła się popsuć. Wielkie szczęście, że udało nam się wstrzelić w lukę ze słońcem oraz przejrzystością, w przeciwnym wypadku moglibyśmy na nasz Demawand popatrzeć jedynie z dołu. Mgła kurczowo trzymała się gór, a my w niej powoli wytracaliśmy wysokość. Polary i ciepłe ciuchy obligatoryjnie przyodziane, jednym słowem spory chłód. Zastanawialiśmy się grupowo czy tak też jest na dole. Po dotarciu na dół, do bazy turystycznej uśmiechem oraz sposobem na ładne oczy prosimy o prysznic. I jest. I ciepła woda też. Jeszcze chwilę się przepakowujemy i ruszamy do miasteczka. Przechodzimy ledwie parę  kroków, a tu kolejna niespodzianka, bowiem zatrzymują się dwa białe samochody. Z jednego wychodzi Miła Pani Z Bombonierką i cieszy się na nasz widok do tego stopnia, że nam upycha tyle czekoladek ile jesteśmy w stanie pomieścić. A mąż Pani pochwycił w dłoń kamerę i zarejestrował całe sympatyczne wydarzenie. Okrzyki, uściski, szał!

Przerwa.

Taaaakie cuda!


Coraz wyżej i wyżej i zimniej.

Iran...


Tak właśnie jest w Iranie!
Te piękne fotografie pochodzą ze zbiorów prywatnych Sławka Połcia i Maćka Bogdańskiego. Panowie, bardzo dziękuje za możliwość udostępnienia.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka