środa, 26 października 2016

Norwegia, rower i ja! O wyprawie z Nordkappu do Oslo

 

Samotna podróż, o której długo marzyłam dała więcej niż się spodziewałam. Dowiedziałam się o sobie rzeczy, o których nie miałam pojęcia. I wreszcie znalazłam swoje miejsce na ziemi. Pierwsze, które jest za granicą. Łatwo nie było i dobrze, bo nie miało.

 

Dlaczego Norwegia?

 

Norwegię wymyśliłam sobie z dziesięć lat temu, żeby tam pojechać i nacieszyć się widokiem reniferów i zorzy polarnej. Pomysł, aby wmieszać w to rower pojawił się cztery lata temu. Czytałam wówczas artykuły w gazetach rowerowych, blogi, fora rowerowe oraz wchłaniałam opowieści osób, które pojechały tam na wyprawę rowerową. I im zazdrościłam. Wtedy zupełnie nie czułam się na siłach, aby pojechać tam solo, wiedziałam, że jest na to za wcześnie. Po objechaniu na rowerze Gruzji i Armenii byłam już gotowa, ale wtedy zmieniłam pracę i wiedziałam, że "Świeżaczkowi" nikt nie da miesięcznego urlopu. I znowu się odwlekło. Temat powrócił na początku 2015 roku. Teraz albo nigdy! Chciałaś spełnić swoje marzenie, to działaj, bo znowu Ci rok przeleci.
W lutym 2015 ciągle się jeszcze wahałam, żeby pewnego dnia podjąć decyzję - kupuję bilet lotniczy, najdalej na północ, czyli wypadało, że do Alty. Przelew poszedł. No! Teraz nie ma odwrotu. W pracy już wcześniej pytałam o dłuższy urlop i dostałam swoje 30 dni. Właśnie tyle miało starczyć, żeby dotrzeć z północy na południe jednego z najpiękniejszych krajów świata. Nie zastanawiałam się jeszcze jak będę wracać...

Lofoty.

No to lecę!


Fakt, że będę spełniać marzenie swojego życia dotarł do mnie dopiero jak znalazłam się z rowerem na lotnisku, było to dokładnie 24 lipca 2015 roku. Mama strasznie dużo mówiła i upychała mi po bagażach moje ulubione knoppersy. Było ich tyle, że jeszcze w trzecim tygodniu podróży znajdowałam je w czeluściach sakw. Przekroczyłam kontrole celną, przeszłam przez bramki, weszłam do samolotu, usiadłam. O kurczę, ja tam naprawdę lecę! Sama. Emocje, jakie wtedy mi towarzyszyły są naprawdę trudne do opisania. Coś pomiędzy wielką ekscytacją, euforią, ale też strachem jak to tam mi samej będzie. A także te bardziej praktyczne -  jak ja ten rower poskładam po przylocie?

Po tym wyjeździe robienie zdjęć z wyzwalacza opanowałam do perfekcji.


 Wylądowałam na maleńkim lotnisku w Alcie (niestety z międzylądowaniem w Oslo), dosłownie w sąsiedztwie fiordów, z góry było widać roślinność typową dla tundry i małe plamy śniegu na wzgórzach. Po wyjściu, zabraniu całego ciężkiego bagażu razem z rowerem, było to 50 kg (1/5 stanowiło jedzenie z Polski), zaczęły się pierwsze techniczne problemy z przykręceniem pedałów. Zajrzałam do ściągi: "Pamiętaj prawy pedał przykręcamy w lewo, a lewy w prawo." Nie powiem, żebym tą czynność wykonała sprawnie i szybko. Było trochę kręcenia, wyślizgiwania się klucza z ręki, ale operacja zakończyła się sukcesem. Najbardziej mnie bawiło, ze w momencie kiedy siarczyście sobie klęłam, wielu Norwegów się do mnie uśmiechało i radośnie zagadywało.


Nauka jazdy na rowerze

 

Nie mam pojęcia ile to wszystko trwało, ale pamiętam jaką ulgę poczułam wsiadając wreszcie na rower. I tu ciekawostka, ponieważ nigdy nie jeździłam jeszcze z takim obciążeniem i przednimi sakwami, dlatego musiałam na nowo uczyć się utrzymania równowagi na rowerze. A już myślałam, że tą sztukę boleśnie oswoiłam w wieku pięciu lat. Człowiek to jednak uczy się całe życie, zwłaszcza jak już myśli, że umie. A może tu wcale nie chodzi o nowe umiejętności tylko o uczenie się pokory? Filozofię odłóżmy chwilowo na bok i powróćmy do przyziemnych sakw. Niesamowite uczucie, jednak jak się załapie stabilność. Odnoszę wrażenie, że z tak równomiernie obciążonym rowerem jeździ się o wiele lepiej. Nie można tylko wykonywać gwałtownych ruchów kierownicą, inaczej gleba obligatoryjna. A podnoszenie takiego ciężaru nie należy do przyjemnostek.


Droga Trolli.

Samotne noce pod namiotem

 

Przyznam, ze analizując podróż, najbardziej obawiałam się samotnych nocy pod namiotem. Teraz uśmiecham się sama do siebie - jak bardzo było to zabawne! Ciągnąc codziennie 50 kg przez ok. 100 km, byłam po prostu zbyt zmęczona, żeby się jeszcze zastanawiać, że się boję i co lepsze, że ktoś będzie chciał wtargnąć z siekierą do mojego jednoosobowego, ciasnego, pachnącego wilgocią namiotu. Zwłaszcza na dalekiej północy, gdzie jest więcej reniferów niż ludzi. Dodatkowo, jak powszechnie wiadomo, latem słońce nie zasypia, jest jasno jak w ciągu dnia. Psychologicznie bardzo pozytywnie wpływa to na jakikolwiek stres związany z zaśnięciem. Poza tym bywały większe dramaty życia codziennego.

Po powrocie często zadawano mi pytanie „I co nie bałaś się, tak sama?”. Odpowiadałam wtedy, że był taki moment. Nie mogłam znaleźć dobrego miejsca na rozbicie namiotu, z jednej strony woda, z drugiej wioska za wioską, ogrodzony teren, zupełnie jakby to nie była Norwegia. Wreszcie wychwyciłam fragment terenu niczyjego z kilkoma krzakami. Byłam już zmęczona, więc postanowiłam, że tutaj się rozbiję. Cieszyłam się, że blisko wody, w dodatku niezwykle zaintrygowały mnie cykliczne kępki glonów na piasku. Namiot rozłożyłam na trawie, w miejscu, gdzie kończył się piasek. Obudził mnie plusk. Przez chwilę zastanawiałam się, o co właściwie chodzi. Po czym zerwałam się do otwierania wejścia. Dosłownie metr ode mnie spokojnie pulsowały fale wody. Przypływ! No tak, to stąd te kępki glonów. Niestety fakt, że mieszkam nad morzem, wywiał z mojej głowy informacje o przypływach. Nasz Bałtyk nie dostarcza rozrywek na taką skalę. To był moment w całej mojej podróży, kiedy się tak na prawdę wystraszyłam. Ale był to także moment, kiedy strach wynikał z mojej własnej głupoty.


Cudowne, norweskie płaskowyże.

W Norwegii, a także w Szwecji i Finlandii obowiązuje prawo do swobodnego korzystania z natury tzw. Allemannsretten. Oznacza to, że możemy rozbić swój namiot właściwie w każdym miejscu. Jednak podkreślam, że obowiązkowo należy po sobie posprzątać! Byłam wdzięczna za Allemannsretten zwłaszcza, kiedy nocleg wypadał mi właśnie na płaskowyżu, bo tam spędziłam najpiękniejsze noce pod namiotem.


Kierunek Północ! Alta - Nordkapp

 

Dotarcie na Nordkapp obrałam sobie jako pierwszy cel mojej podróży. Wiedziałam, że pogoda norweska w sierpniu bywa, a właściwie jest kapryśna, zwłaszcza na północy, dlatego zaplanowałam trasę właśnie z północy na południe. Pierwszym z nich było dotarcie na wyspę Mageryøe, na końcu której znajduje się słynny Przylądek Północny czyli Nordkapp. Warto jednak zaznaczyć, że nie jest to najbardziej wysunięte na północ miejsce w Europie. Ten punkt znajduję się 4 kilometry na zachód – przylądek Knivskjellodden. Jednak to Nordkapp przyjmuję rzeszę turystów.


Nordkapp.


Co w tym wyjątkowego? Można by rzec miejsce, w którym przewija się tłum ludzi, niby obowiązkowy punkt na mapie każdego rowerzysty podróżującego na trasie północ - południe, a jednak zrobiło ono na mnie niesamowite wrażenie. Kiedy dojechałam, rowerzysta z Czech poczęstował mnie w nagrodę słynną śliwowicą. Poznaliśmy się trzy dni wcześniej, był pierwszą osobą, która zaczepiła mnie w trasie. Jechałam sobie spokojnie podziwiając  fiord, aż tu nagle słyszę znad swojej głowy „Hello”. Odwracam się a tam dziarski kolarz na - uwaga! - bicyklu. Aż z wrażenia straciłam równowagę, bo jedną z ostatnich rzeczy, jakie człowiek  spodziewa się ujrzeć jadąc przez małą norweską wioskę, jest Czech na bicyklu! Przez kolejne dni mijaliśmy się na trasie, częstując nawzajem batonikami i gaworząc w języku polsko-czeskim.

Po tym jak rozgrzałam się śliwowicą i sfotografowałam się ze słynnym globusem, dotarło do mnie, ze właśnie znalazłam się w miejscu, o którym marzyłam od wielu lat.  Podeszłam do barierki, spojrzałam przed siebie widząc niebieską przestrzeń morza i poczułam niesamowitą radość. Udało mi się! Przyjechałam tu! Wtedy uświadomiłam sobie, że wszystko co sobie wymarzę jest w zasięgu mojej ręki.


Metę już widać. Nordkapp.


No to dojechałam!


I jeszcze te renifery! Natomiast niecierpliwie wyczekiwałam spotkań z reniferami. Pamiętam jak oglądałam slajdy z rowerowych podróży po Skandynawii, zawsze pojawiał się renifer. Zazdrościłam. „Jak pojedziesz do Norwegii na pewno je zobaczysz” mówili mi. No to wyczekiwałam. Pierwszego renifera zobaczyłam ok. 100 km na północ od Alty, czyli na początku podróży. Szybko wyjęłam aparat, ale Pan Renifer stwierdził wówczas, że on pozować do zdjęć to nie chce i uciekł w krzaki. Byłam zdeterminowana, wiec zostawiłam rower na poboczu i pobiegłam za nim. Niestety, spojrzał z dezaprobatą, odwrócił się do mnie tyłem i zdjęcia nie było. Wtedy nie wiedziałam, że to był dopiero początek moich spotkań z tymi pięknymi zwierzętami. Droga na Nordkapp prowadziła przez wielkie stada, renifery czuły się tak swobodnie, jak krowy w Gruzji . Jakby wiedziały, że są gwiazdami tego regionu. Do zdjęć pozowały leniwie, ale dość chętnie. Tak jak renifery z wielkim porożem wyglądały dostojni.

Czyż one nie są piękne?


Hitler, Stalin i Gierek czyli o norweskim deszczu

 

O jeździe w deszczu i jego politycznym obliczu pisałam już tutaj. Są tam skondensowane informacje. W tej części, jak na humanistkę przystało, wykorzystam tekst źródłowy i w ten oto dramatyczny sposób zapoznam Was z norweskim deszczem. Jedno jest pewne sierpień jest najbardziej deszczowym miesiącem w Norwegii. Statystyki nie kłamią. Na północy dodatkowo dochodzi silny wiatr i wszechobecne zimno. W tym roku postanowiłam wybrać się do Norwegii w lipcu i w kwestii pogody to niebo a ziemia. Ale o tegorocznym wyjeździe będzie odrębny wpis.
Czasami niektórzy się dziwią jak mówię, ze wolałam podjazdy niż zjazdy. Pomijając lepszą kontrolę nad rowerem podczas wjazdu, to dochodzą czynniki atmosferyczne:

29 lipca 2015
Pada. Zimno. Szaro. i jeszcze pełno podjazdów, nachylenie jest naprawdę silne. Jak pada na podjeździe jest ci gorąco, ale nie możesz się rozpiąć czy coś z siebie zdjąć, bo napada Ci na ubranie, ale jeszcze gorsze są zjazdy, wtedy jest tak cholernie zimno, grabieją dłonie i kolana. I po zjeździe nie ma gdzie się ogrzać, więc mokniesz sobie dalej. Ale pięknie tu jest, naprawdę pięknie, więc jedziesz dalej, marząc o słońcu".

Mgły północy.


Straszono mnie niedźwiedziami, wilkami, meszkami i kleszczami. Nikogo z nich nie spotkałam. A o tych meszkach, to mówił każdy kto w Norwegi był, ze trzeba się opatulać i skarpety naciągać na getry, żeby nie wleciały w nogawkę. Powiem tak, żadnej meszki nie spotkałam ani  w jej środowisku naturalnym ani w mojej nogawce. Podejrzewam, ze w deszczu zlatują się one do jakiegoś schronu dla meszek i tam przeczekują hitlera i stalina. Spotkałam za to znane wszystkim: Komary. Jest mokro TOTALNIE, a one ciągle brzęczą i LATAJĄ. Jak to możliwe?! maja pancerze z goretexu?! jestem naprawdę pod wrażeniem i determinacji ich chęci przetrwania. 
I co jest ciekawe, to często byłam przez nie pożarta, mimo, ze ciągle miałam na sobie tonę ciuchów i wszystko zakryte. To są specjaliści dopiero. Tak skuteczność. 

Dobra, kończymy z tym deszczem. Ale na sam koniec najbardziej desperacki wpis, aż mnie ciarki przeszły jak to sobie przeczytałam, ale ta historia ma miłe zakończenie:
3 sierpnia 2015
I co mnie budzi? No wiadomo. DESZCZ. Biorę gnoja na przeczekanie i od godziny leżę w śpiworze i czytam książkę, ale nie przestaje!! Na przeczekanie on wziął mnie, bo muszę za potrzebą i jestem strasznie głodna. Musze się ruszyć. Już mnie osłabia wizja jazdy w mokrych rzeczach. Wzięcie kremu do opalania, krótkiego rękawka i krótkich spodenek brzmi jak jakiś żart... Ruszyłam. Padało coraz mocniej i mocniej. Byłam przemoknięta i było mi tak zimno, ze nie czułam rąk (...) Znalazłam przystanek z daszkiem , usiadłam, próbowałam ogrzać się przy primusie, zjadłam, obligatoryjna herbatka. Dłużej nie dało się tego przeciągnąć. Trzeba było ruszać. Włożyłam słuchawki, przygotowując się na cios od stalina. Kątem oka zobaczyłam kobietę palącą papierosa przy swoim samochodzie. Bacznie mi się przyglądała. Pewnie kolejna osoba, co się tak patrzy jak na małpę w zoo. Zaczęła coś mówić, wyjęłam słuchawki, strasznie nie miałam ochotę na small talk w strugach deszczu, ale nie chciałam być niegrzeczna. Pytała skąd jadę, dokąd, czy sama. Odpowiadałam na te pytania niecierpliwiąc się. Kiedy powiedziałam, ze jadę na Lofoty, to się ożywiła mówiąc, ze ona też i że ... uwaga... mnie zabierze! (...) Po chwili siedziałam w ciepłym, wielkim Volvo w temperaturze 22 st.C (...) Za oknem mijałyśmy spektakularne widoki, nieraz miałam ochotę wysiąść i jechać samodzielnie, ale wtedy chlupanie w butach dawało o sobie znać i rozsądek zwyciężał.

Po 50 kilometrach wysiadłam na Lofotach, Ingrid wysadziła mnie pod centrum handlowym, gdzie skutecznie się ogrzałam, lekko podsuszyłam i byłam gotowa do dalszej drogi. Morale poniesione!


I za chwilę znowu prysznic!


No to jak się ogrzać jak jest mokro i zimo?
1. Termos po pierwsze, termos po drugie i termos po dwudzieste! Nawet dwa małe łyczki podnoszą morale i rozgrzewają.
2. Sklepy typu centra handlowe. Zazwyczaj w toaletach są kaloryfery, tak owszem, latem zakręcone, ale można sobie rozkręcić i się ogrzać.
3. Punkty informacji turystycznej. nie spotkałam się z sytuacja, ze ktoś mnie stamtąd wyrzucił jak próbowałam się ogrzać.
4. Nigdy, przenigdy nie dopuścić do zamoczenia śpiwora i rzeczy do spania!
5. Cały czas jechać, nie robić długich przerw, nie dopuścić do wychłodzenia organizmu.


Białe piaski na Lofotach, Alta - Moskenes - Bodo

 

Od razu powiem, ze na Lofoty to trzeba pojechać co najmniej na tydzień, ja miałam na nie tylko trzy dni. Niestety. To zdecydowanie za mało, aby nacieszyć się potęgą gór, to za mało, żeby dać się oczarować turkusowa wodą i zachwycić przestrzenią. Cały archipelag ciągnie się przez 100 km, na samym końcu jest przepiękna miejscowość o wdzięcznej nazwie Å.


Białe piaski na Lofotach.


Droga, którą jechałam, dbała o to, aby co chwilę dostarczać mi absolutnie spektakularnych widoków. Lofoty są magiczne, jedziemy obserwując skaliste szczyty wulkanicznych wysepek, w które wcinają się malownicze fiordy – jedno z piękniejszych miejsc, jakie dane mi było zobaczyć. Jest tam biały, rajski piasek, czysta, krystaliczna, turkusowa woda. Jednak trzeba zaznaczyć, jak bardzo złudny jest ten widok. Woda, może wygląda jak z reklam drogich wakacji na południu Europy, lodowata jest okrutnie. Obserwowałam ją więc z dystansem. Przez chwilę słońce tak cudownie przyświeciło, że można było zdjąć softshell i podwinąć rękawy. Takie chwile są bezcenne. Dotarłam do miejscowości Moskenes, gdzie weszłam na pokład sporego promu (bilet wraz z rowerem kosztował około 100 zł) i przedostałam się do Bodø. Tu epizod ze słońcem sie skończył. 

Lofoty...

 

Turystyczna siedemnastka, Bodo - Trondheim

 

Na dalszą jazdę wybrałam sobie drogę nr 17, jest prowadząca wzdłuż linii brzegowej turystyczna droga o znikomym ruchu. Idealna dla rowerzystów, omija tunele, zapewnia przeprawy promowe. No właśnie. Prom, Norwegia, brzmi drogo, prawda? Otóż nie. Trzeba pamiętać, że te przeprawy nie są nastawione tylko pod turystów tylko przede wszystkim mają służyć mieszkańcom w lokalnym życiu. Perspektywa promów sprawiała mi to niesamowitą przyjemność, ponieważ często czekało się na dany prom, wiec dłuższa przerwa w podróżowaniu była uzasadniona i nie miałam do siebie pretensji, że się rozleniwiam na postojach. Koszt przepłynięcia krótkich odcinków nie był wysoki (ok. 20 - 30 koron). Czasami pogawędziłam sobie radośnie z bosmanami, czasami obserwowałam turystów samochodowych narzekających na deszcz. Uśmiechałam się do nich miło, w duchu myśląc „Serio, przeszkadza WAM jazda w deszczu?”. Zdarzały się sytuacje, że widok turystki z obładowanym rowerem wzbudzał na tyle pozytywne emocje wśród obsługi, że pozwalano mi przepłynąć bez opłaty.

Droga nr 17 pełna promów.


Jeszcze parę słów o zwierzętach norweskich. jak wspominałam przy deszczu, straszono mnie wilkami i niedźwiedziami, że przyjdą, że napadną, zjedzą w całości. Nie miałam przyjemności ich spotkać. Natomiast niecierpliwie wyczekiwałam spotkań z reniferami. Pamiętam jak oglądałam slajdy z rowerowych podróży po Skandynawii, zawsze pojawiał się renifer. Zazdrościłam. „Jak pojedziesz do Norwegii na pewno je zobaczysz” mówili mi. No to wyczekiwałam. Pierwszego renifera zobaczyłam ok. 100 km na północ od Alty, czyli na początku podróży. Szybko wyjęłam aparat, ale Pan Renifer stwierdził wówczas, że on pozować do zdjęć to nie chce i uciekł w krzaki. Byłam zdeterminowana, wiec zostawiłam rower na poboczu i pobiegłam za nim. Niestety, spojrzał z dezaprobatą, odwrócił się do mnie tyłem i zdjęcia nie było. Wtedy nie wiedziałam, że to był dopiero początek moich spotkań z tymi pięknymi zwierzętami. Droga na Nordkapp prowadziła przez wielkie stada, renifery czuły się tak swobodnie, jak krowy w Gruzji . Jakby wiedziały, że są gwiazdami tego regionu. Do zdjęć pozowały leniwie, ale dość chętnie.


Renifery!


Tak jak renifery z wielkim porożem wyglądały dostojnie, tak łosie absolutnie nieporadnie. Łosia zobaczyłam podczas zjazdu. Zauważyłam, że na końcu drogi stoi coś długiego, brązowego i nie chce się stamtąd ruszyć. Podjechałam ostrożnie bliżej, zobaczyłam, że to zwierzę. Zatrzymałam się, aby mu się przyjrzeć. Łoś przyglądał mi się tak samo. Dopiero wyjęcie aparatu zepsuło chwile. Zwierzę uznało, że chce chronić swoją prywatność, uciekło w las.

 Kraina Trolli czyli Kraina Serpentynek

 

Po wyjeździe z Trondheim, zaczęłam walczyć z czasem. Mogłam od razu jechać droga na Oslo, do Krysi, która zaprosiła mnie  (goszcząc jak królową!), na ostatnie dwa dni mojego wyjazdu. Mogłam, ale jak to, mam ominąć Trollstigen czyli ukochaną przez rowerzystów Drogę Trolli? Serpentynki wspaniałe? Mowy nie ma! Ostatni tydzień, to już było kraina wiecznego słońca, doczekałam się wreszcie krótkiego rękawka, suchej szosy i sandałów, które póki co zajmowały najniższą głębokość sakw. Wszystko wskazywało na to, że zdążę i że będę miała cudowna pogodę, a tym samym widoczność. Nie było obijania, stopy na pedały i jazda!


W dole miasto Geiranger.

Droga Trolli - w trakcie podjazdu.


Droga Trolli ciągnie się od niewielkiej miejscowości turystycznej Åndalsnes do kolejnej, jeszcze bardziej turystycznej, malowniczo położonej miejscowości Geiranger. Smaczkiem rowerzystów są oczywiście wspomniane podjazdy. Potrafią być ciężkie, ale zawsze idą w parze ze spektakularnymi widokami. Przekonałam się już o tym na Kaukazie i w Alpach i oczywiście w naszych polskich górach. Tylko wtedy sakwy były o wiele lżejsze. No i można było komu pojęczeć, że jest ciężko. Jechałam bardzo powoli, ale starałam się nie zatrzymywać zbyt często, no chyba, że na fenomenalne ujęcie. Nie można z niczym porównać nocy pod namiotem po wjechaniu na samą górę. Omijasz głośny punkt turystyczny, gdzie można zrobić sobie zdjęcie z plastikowym trollem, słońce powoli zachodzi, coraz mniej kamperów na drodze, szukasz swojej małej obozowej przestrzeni na wielkim płaskowyżu. Rozkładasz namiot, gotujesz wodę na herbatę i wraz z komarami piszesz w zabrudzonym pamiętniku, co ciekawego wydarzyło się w ciągu dnia. A zawsze było coś ciekawego. Mięśnie się rozluźniają, niebo czerwienieje, słychać absolutną ciszę. To były jedne z moich najwspanialszych chwil podczas podróży. Uwielbiam podjazdy! Oto dowód:

17 sierpnia 2015
(...) Ale mi tu jest fantastycznie! Po postoju przy informacji turystycznej, na "prawie-szczycie", okazało się, ze nie ma zjazdu, tylko dalej pod górę, podjechałam trochę, ale szybko stwierdziłam, że nie chce zjeżdżać i się rozbijać gdzie na dole, w lesie. Zostanę tu u góry, na płaskowyżu. Tu jest przestrzeń i komary i zachód słońca przeglądający się w szczytach. Piknie jest! Rozbiłam się. Absolutnie widać mnie z drogi, ale po pierwsze już prawie nikt o tej porze już nie jeździ, a po drugie ciężko się ukryć na płaskowyżu, gdzie najwyższy roślinny element to mech. Tylko ja, góry, rzeka, śnieg i komary. No właśnie, chyba czas się przed nimi schować. ODPOCZYWAM (...)

Po podjeździe za Geiranger.

Przerwa na fotę.

 Meta

Podróż zakończyłam w Oslo. Pod koniec mój rower stwierdził, ze ma już dość i odmówił współpracy. Zerwały się linki od przerzutek i do dyspozycji miałam tylko tą najlżejszą. Ponieważ, jak już wspomniałam było to na koniec wyprawy, to zupełnie nie opłacało mi się odwiedzać norweski serwis. Odwiedziłam za to Krysię. I za to właśnie kocham podróże, ponieważ wcześniej Krysię widziałam dwa razy na ognisku. Tutaj fejsbuk odegrał istotną rolę. Otóż Krysia widziała moje posty z wyprawy i zaprosiła mnie do siebie. I myślę, że to za mało jak napisze, że Krysia ugościła mnie po królewsku! I tak oto dzięki Norwegii i fejsbukowi Krysia z Dżoanną się zakumplowały! :-)


Na koniec - statystyka wyjazdu


Mała uwaga: Moja trasa to odcinek 2 400 km. Aplikacja google maps doliczyła 400 km.

Budżet: 2 300 zł (z biletami lotniczymi i autobusowym)

Trasa: Alta - Nordkapp - Lofoty - Trondheim - Andalsnes - Leira - Oslo

Pokonane kilometry: 2 400

Awaria roweru: zerwane dwie linki od przerzutek

Dni w trasie: 28

Dni z deszczem: 20


Jestem bardzo ciekawa czy Wy planujecie samotną podróż? A może już taką odbyliście? Koniecznie podzielcie się wrażeniami!




Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka