niedziela, 13 listopada 2016

Ålesund - Oslo o rowerowej wyprawie z Agnieszką!

 

Norwegia to zdecydowanie państwo opiekuńcze. Troszczy się o zdrowie nie tylko swoich obywateli, ale i polskich rowerzystek - dba o to, abyśmy miały pięknie umięśnione nogi! A jak? A na przykład ponad 40 km ciągłym podjazdem. I to całkowicie za darmo! Dzisiaj przedstawię Wam Agnieszkę, którą pojechała ze mną do rowerowego raju.


Oto Agnieszka :)


Sprawą oczywistą było, że do Norwegii w tym roku powrócę.  Chciałam obrać albo dziką północ z reniferami albo południe z serpentynkami. Nadszedł maj, a ja dalej byłam niezdecydowana. Telefon od Agnieszki rozwiązał sprawę, zaproponowała wspólny wyjazd! Zdecydowałyśmy się obrać trasę z Ålesund do Oslo, zygzakami przez góry oczywiście. Wszak bez serpentynek nie ma zabawy! Wyprawa krótsza, bo na standardowe dwa tygodnie. Meta znowu miała być u Krysi.


Doświadczenia pogodowe z zeszłego roku nauczyły mnie, że do Norwegii na rower najlepiej jechać w lipcu. Zatem 19 lipca władowałyśmy się do samolotu. Gdańsk pożegnał nas pogodą fantastyczną, a Ålesund przywitało... no czym? Czy będzie to wielkie zaskoczenie jak napiszę, że deszczem?

Lotnisko w Ålesund jest bardzo podobne do tego w Alcie, malutkie, przytulne, w otoczeniu fiordów. Trochę czasu nam zajęło skręcanie rowerów. Aga swój przewiozła w kartonie po rowerze, ja tym razem miałam pokrowiec materiałowy, który ważył dodatkowe 3 kg i musiałam go wozić cała drogę. Przykręcamy pedały, koła, przekręcamy kierownicę, montujemy sakwy i o 23.00 jesteśmy gotowe do szukania noclegu.



Nie jest Wam za ciepło?

 

Poza nocnym deszczem na powitanie, kolejne dni to pogoda iście z greckich wysp! Były prawdziwe upały. Ludzie nas zaczepiali pytając czy nie jest nam za gorąco podczas jazdy. Oczywiście Norwegia nie byłaby sobą jakby nie zafundowała nam deszczu i parę razy nas zlało, zwłaszcza w górach i zwłaszcza na zjeździe. Jednak to nie był deszczowi przywódcy polityczni z zeszłego roku (kto nie słyszał o hitlerze, stalinie i gierku, zapraszam tu).

Noce bywały zimne, ponieważ jak padało, to właśnie wtedy. I tutaj chciałabym opowiedzieć o jednej nocy, która dla każdej z nas była wielkim zaskoczeniem. Otóż  to była noc przed naszą pierwszą wspólną serpentyną. Był piękny, bardzo ciepły dzień, miejsce na rozbicie namiotu wybrałyśmy genialne płaski teren z widokem na jezioro, nad jeziorem piękne szczyty, pyszna kolacja na dobranoc. A w nocy przyszła burza. Budzimy się o 2.00, tak jakoś miękko na tej mojej karimacie. I mokro...? Co jest? O kurcze! Aga! Toniemy! Aaaaa! W te pędy wypełzłyśmy z namiotu, prosto w kałużę gigant albo mini jezioro jak kto woli. Wow! Podlało nas. Przeniosłyśmy namiot o dwa metry, wytarłyśmy wodę z namiotu, bo się góra nalała i poszłyśmy spać. Dobrze, że zrobiłam pełną dokumentację fotograficzną, ponieważ rano nie było śladu po naszej powodzi. Woda wsiąkła. Na szczęście sakwy i namiot się spisały, nic nie przeciekło. No i każda z nas miała okazję po raz pierwszy spać na łóżku wodnym!

Dokładnie w tej kałuży miałyśmy rozbity domek.


A nie mówiłam, ze serpentynki są cudowne?

 

Po nocy spędzonej na namiotowym łóżku wodnym, czekała nas wreszcie przeprawa górska. Nasz plan zakładał wjechanie na przełęcz, następnie jak to w Norwegii bywa, pokonanie spektakularnego płaskowyżu i zjechanie na drogę, którą jechałam rok temu, zjeżdżając z Drogi Trolli. Podjeżdżanie z obciążeniem, to bardzo indywidualna sprawa, dlatego umówiłyśmy się, że każda będzie jechała we własnym tempie i spotkamy się na górze. Serpentynka okazała się typowo norweska czyli jak już myślisz, ze jesteś na górze, to okazuje się, że ani trochę i za zakrętem czeka kolejny podjazd. Na szczęście pogoda była spektakularna. A to, co mnie najbardziej ucieszyło, to to jak Aga stwierdziła, ze polubiła podjazdy! Zwłaszcza jak zobaczyła jak pięknie jest na górze. A to był dopiero początek!






Podjazd na przełęcz Krossbu, drogą nr 55 była fenomenalna! Trasę tą polecało mi małżeństwo z Olsztyna, których spotkałam rok temu na Drodze Trolli, mówili, że koniecznie muszę tam pojechać. Niestety wówczas nie miałam czasu, musiałam pędzić do Oslo na samolot. Na przełęcz, dla odmiany, podjeżdżałyśmy w deszczu i przy silnym wietrze. Warunki nie były najlepsze, dotarłyśmy przemarznięte. Ale nie było tak źle, ponieważ okazało się, ze u góry jest świeżo wybudowane schronisko, a w schronisku ciepełko, kontakty elektryczne i piękna toaleta. czegoż chcieć więcej? Ugotowałyśmy sobie obiad, umyłyśmy się, podładowałyśmy baterie i w naszym sprzęcie i nasze, a potem rozłożyłyśmy nieopodal namiot, a właściwie Aga rozłożyła, ja zostałam ze sprzętem i miałyśmy rewelacyjny widok na lodowiec. Widok zapierał dech, patrząc na te lśniące od lodu szczyty czuło się ich potęgę.




Dobrze, że najwięcej fotografii robiłam wieczorem, ponieważ rano całym obszarem zawładnęły gęste, ciężkie, deszczowe chmury. Widoczność podczas jazdy była ograniczona, do tego dołączył deszcz. Na jednym z postojów, takim z parkingiem dla autokarów, czekałam sobie na Agę. Mleczna mgła dookoła, strugi deszczu, brak zadaszenia. Podszedł do mnie starszy pan pytając czy nie jest mi przypadkiem mokro i zimno. Tak mnie to rozbawiło, że aż się rozgrzałam na te pół minuty.



A potem zaczął się ostry zjazd.  I tu do znudzenia powtórzę, zjazdy są gorsze niż podjazdy! A dlaczego? Proste, podczas podjazdu rozgrzewasz się, nawet jak leje się z nieba wodospad. Przy zjeździe jest ślisko, mało co widać we mgle, grabieją kończyny, a wychłodzenie trzeba długo odbudowywać. Tak też było w tym przypadku. Miałyśmy jednak mnóstwo szczęścia, ponieważ jakieś 5 km od zakończenia zjazdu w miejscowości Skjoldem była ogólnodostępna informacja turystyczna. Młody chłopak, który tam urzędował był na tyle uprzejmy, że pozwolił nam wejść do jednego z pomieszczeń, gdzie przez mogłybyśmy się ogrzać i wysuszyć najważniejsze ubrania. Do tego obok był basen, do którego weszłyśmy, aby wziąć ciepły prysznic. To było cudowne uczucie!



Wielka radość po wysuszeniu rzeczy, w tle Sognefjorden.


Norwegia krajem opiekuńczym

 

Norwegia to zdecydowanie państwo opiekuńcze. Troszczy się o zdrowie nie tylko swoich obywateli, ale i polskich rowerzystek - dba o to, abyśmy miały pięknie umięśnione nogi! A jak? A na przykład ponad 40 km ciągłym podjazdem. I to całkowicie za darmo! Tak właśnie było, droga nr 5, potem E16 do Vang. Główna droga prowadziła przez cztery tunele, my oczywiście zdecydowałyśmy się na drogę dla rowerzystów, która tunele te sprytnie omija. Tę alternatywną drogę nazwano Drogą Historyczną, ponieważ w erze przedtunelowej to ona była główną (i jedyną) droga przez góry. Dodatkowo w miejscowości Borgund czekał na nas piękny drewniany kościół z XII wieku. Obok było muzeum, które opowiadało o historii tego miejsca, cena biletów iście norweska.




Po wjechaniu na górę czekał na nas płaskowyż i jazda główną krajówką trasa Bergen - Oslo. I tu ciekawostka, bo droga, powtórzę się - główna(!) krajowa(!) była całkowicie pusta. Ale jak to możliwe? Miałyśmy szczęście, okazało się, ze na wcześniejszym odcinku na drogę zsunęły się kamienie, co sprawiło, że przejazd nie był możliwy. Kierowcy byli zmuszeni szukać alternatywnych kierunków, a my miałyśmy krajówkę cała dla siebie.


Krajówka w Norwegii!


Długo jeszcze?

 

W Norwegii wszystko jest długie. Są długie i wielkie samochody, są długie podjazdy, długie płaskowyże, długie fiordy, długie jeziora i dłudzy ludzie. Miałyśmy okazje zobaczyć bądź doświadczyć wszystkich tych wymienionych elementów. W Miejscowości, w której była informacja turystyczna, gdzie suszyłyśmy rzeczy czyli Skjolden kończy się fiord. Nazywa się on Sognefjord i jest najdłuższym fiordem w Norwegii (203 kilometry). Ba! Nie tylko w Norwegii, ale i w całej Europie. To już całkiem niezły wynik. Drogę do Oslo obrałyśmy wzdłuż jeziora Randsfjorden, którego linia brzegowa wynosi 203 kilometry. Tak, nie pomyliłam się! I dodam, że to nie jest wcale najdłuższe jezioro w Norwegii, a jedynie czwarte co do wielkości.




Jadąc wzdłuż niego w kierunku południowym, zgodnie stwierdziłyśmy, że Norwegia nas rozpieściła. Czym? Widokami! Ośnieżonymi szczytami, rozległymi, zielonymi płaskowyżami, krystalicznie czystymi rzekami. I właśnie przez to droga wzdłuż jeziora wydawała się mało spektakularna, a zdecydowanie taka nie była. Co ten kraj Wikingów robi z człowiekiem! :)
Trasę zakończyłyśmy w tym samym miejscu, co ja rok temu - u Krysi w Oslo. Tym razem było więcej czasu na uchwycenie miasta, ale o tym opowiem Wam innym razem.



Statystycznie i praktycznie

 

Ilość dni w podróży - 15
Pokonane kilometry - ponad 1000
Awarie - brak
Budżet całkowity - 1300 zł

Ogólnie byłyśmy bardzo dobrze przygotowane do podróży, dwie rzeczy okazały się zbędne
1. Pokrowiec na rower, który ze sobą zabrałam. Był potrzebny tylko podczas lotu do Norwegii i przez cała podróż był jedynie zbędnym trzykilogramowym ciężarem.
2. Aga nasłuchała się moich dramatycznych informacji na temat aprowizacji podczas samotnej podróży, więc zabrał dużo jedzenia. Miałyśmy więc spory nadmiar, ale za to smakowite posiłki!


A tak nas Norwegia pożegnała... I jak tu wracać?




Życzymy Wam miłego dnia!



Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka