niedziela, 10 września 2017

Rulon rusza w Sudety!

 

Rulon górski zdobywca!

Też tak czasem macie? W robocie mnóstwo spraw i sprawek do dokończenia. Po pracy wcale nie lepiej. Ciągle coś, mało snu. I nagle to magiczne pytanie: Wyrwiesz się ze mną w góry? Gonitwa myśli, jak to wszystko pogodzić. Gdzieś tam w oddali pojawiają si ę nawet drobne wyrzuty sumienia, no bo teraz nie mogę pojechać. Na szczęście odzywa się podróżniczy głos rozsądku - masz przecież urlop, zapracowałaś na niego. Należy Ci się, jedziesz! No dobra, ale co z psem?

 

Psa weź ze sobą!

 

Obawy związane z zabraniem Rulona jednak były. Jak zachowa się w pociągu? Czy będzie mile widziany miejscach, które chcemy odwiedzić? Czy będzie chciał tyle z nami chodzić? Czy dogada się z Beatą, a ona z nim?
Otóż muszę Wam oznajmić, ze Rulon to dżentelmen i udowadniał to na każdym kroku. W pociągu, mimo, że czuł się nieswojo, przespał całą noc z Gdańska do Kłodzka, z krótką przerwą we Wrocławiu na szybką, psią toaletę. Codziennie robiłyśmy trasy około 20 kilometrów. Rulon zawsze wysuwał się na prowadzenie. Co jakiś czas odwracał się, kontrolując w ten sposób czy stado podąża za nim. Zabawne bywały sytuacje kiedy rozdzielałyśmy się w poszukiwaniu oznaczeń szlaku, który nagle nam się zagubił. Rulon biegał wtedy od jednej do drugiej Pańci, nie mogąc zrozumieć co się stało? I jak to stado teraz ponownie połączyć?
Najmilszymi momentami dnia, poza najdłuższym spacerkiem w karierze Rulona, był moment wydawania posiłków i zasypianie. Czasami udało się uciąć krótką drzemkę, kiedy Pańcie robiły sobie przerwy na kanapki. Chociaż i wtedy zawsze coś rozpraszało: a to motyl przeleciał, a to ptaszki zapitoliły albo spadło coś Pańciom z kanapek. Trzeba było być czujnym.

Przerwa wszystkich cieszyła, a najbardziej Rulona.


W prawdziwy sen, trzyosobowe stado zapadało po dojściu na nocleg. Trzeba dodać, że nie miałyśmy żadnych problemów z zakwaterowaniem psa, a spałyśmy zarówno w schroniskach jak i agroturystyce. Coraz częściej pies czy jakikolwiek inny futrzak nie stanowi problemu. Koszty noclegu Rulona wynosiły od 5 do 10 zł. Nie miałyśmy także żadnych problemów z wprowadzaniem Rulona do punktów gastronomicznych. Dotyczyło to zarówno Wrocławia z sympatyczną knajpką koło dworca jak i niewielkich zajazdów przy naszym szlaku.

Czasami była przerwa na piwo imbirowe.


Jednak, aby nie było tak do końca różowo, to pojawiły się trzy rzeczy, które autentycznie sparaliżowały Rulona:
1. Hałas pociągu regionalnego i fakt, że świat za oknem tak szybko się przesuwał
2. Wejście na metalową wieżę widokową, ależ było tam strasznie, wszystko trzeszczało i się kołysało
3. Odgłosy jeleni na rykowisku w Górach Sowich - psia dezorientacja murowana!

Egzamin na turystę pieszego Rulon zdał bez problemu. Po powrocie do domu, stwierdził nawet, że chodzenie po górach jest lepsze od jazdy w przyczepce rowerowej (straszne rzeczy!).

Te niższe góry to Bardzkie...

 

Wiecie już jak całą trasę zniósł Rulon, ale nie wiecie jeszcze, gdzie dokładnie byliśmy. Nasz spacer trwał 4 dni, obejmował terytorium Gór Bardzkich oraz Sowich. Trasę planował Beata, za co byłam jej bardzo wdzięczna.





Wędrówkę rozpoczęłyśmy w przepięknym Kłodzku i tego samego dnia miałyśmy dotrzeć do miejscowości Bardo. Trasa ta było kilometrowo najdłuższa i fizycznie najcięższa. Do tego ostatniego przyczyniła się noc w pociągu spędzona w pozycji półsiedzącej, na to nawet kawa nic nie zdziałała. Wielki kryzys nadszedł o 15.00. Wtedy, wędrując sobie sympatycznie, przypominały mi się wspomnienia żołnierzy z okresu II wojny światowej o zasypianiu podczas marszu. Stąd te pieśni zapewne! No my nie śpiewałyśmy i może to był błąd.
Najwyższym naszym punktem tego dnia była Kłodzka Góra (765 m. n.p.m), której oznaczenie niemal przeoczyłyśmy. Nawet Rulon nie zauważył tej wąskiej dróżki odchodzącej ze szlaku, na końcu której, pośród gęstwiny drzew ukryła się żółta tablica z napisem Kłodzka Góra. 

Szczyt ukryty w czeluściach lasu, ale za to ze skrzynką pocztową!

Mnie zdecydowanie bardziej przekonał tego dnia Obryw Skalny, widziany pod koniec trasy. Wybudowano na nim taras turystyczny, z którego rozciągał się piękny widok na cel naszej wędrówki - miasteczko Bardo. Niezwykle urokliwe, jednak po dość stromym zejściu do niego (za co moje kolana mnie ostatecznie znienawidziły), nie miałyśmy specjalnie woli zwiedzania. Choć i tak sporą część miasteczka było nam dane popodziwiać, ponieważ nasze łóżka były na drugim jego końcu. 

Widok z obrywu skalnego na Bardo.

O naszym zmęczeniu świadczył fakt, że spałyśmy 12 godzin i nie miałyśmy siły rozmawiać z naszymi sąsiadami rowerzystami. A jakie są Góry Bardzkie po tym pierwszym dniu? Ja bym je określiła mianem Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, tyle, że wyższe.

Na szlaku.


Następnego dnia czekała na nas trasa Bardo - Srebrna Góra. Rześkie jak kozice (cała trójka) ruszyliśmy ku przygodzie. A przygody były - szlak aż dwa razy postanowił nas zmylić. I nie byłyśmy w tym osamotnione, w pułapkę szlakową wpadli także inni turyści. Schodząc do Żdanowa wymarzyłyśmy sobie, ze czeka tam na nas kawa. Kawa nie czekała, za to czekał koń. Na Rulona. Rulon wyrwał się i postanowił się z koniem zapoznać. Strach mnie obleciał, ale na szczęście Pan Koń zawarciem znajomości nie był zainteresowany. Był na to zbyt dostojny.

Konfrontacja z koniem.


Przed samą Srebrna Górą, która absolutnie urzekła nas swoją architekturą, czekała nas jeszcze wędrówka szlakiem nieczynnej kolei zębatej z niesamowitym wiaduktem. Uwaga! Brak barierek! Można równie niesamowicie stamtąd spaść. Na tym odcinku pojawiły się także pierwsze skały. Krajobraz zaczął nabierać temperamentu.

Na wiadukcie jest całkiem spoko.
Wiadukt taki wysoki.


Do Srebrnej Góry dotarłyśmy chwilę przed zmierzchem. Po wypiciu piwa z imbirem zmierzch przerodził się piękną, gwiaździstą noc. Miasteczko urzekło nas nie tylko architekturą, również gościnnością i otwartością mieszkańców. Jednogłośnie stwierdziłyśmy, że tu na pewno powrócimy. Zwłaszcza, że nie zdobyłyśmy słynnej twierdzy. Nasz szlak przebiegła obok, ale niestety nie starczyłoby nam czasu na jej spenetrowanie. Poza tym trzeba coś sobie zostawić, żeby wrócić.

No i dotarliśmy do Srebrnej Góry!


Architektura przepiękna, choć z lekka zaniedbana...

A rankiem na górę Srebrnej Góry i dalej na szlak.


... a te wyższe to Góry Sowie

 

Trzeciego dnia czekało nas pokonanie trasy Srebrna Góra - schronisko Zygmuntówka. Przez góry należące do Sów. Tutaj widoków nie brakowało. Pierwsza część szlaku, prowadziła wzdłuż fortyfikacji, potem czekały na nas całkiem strome, skaliste podejścia. Różnorodność trasy robiła wrażenie, na Rulonie zwłaszcza - zdobywał każdą przyszlakową skałę. I tu bynajmniej nie chodzi o ich obsikiwanie! Dodatkową atrakcją były dudniące nieopodal ryki jeleni, na rykowisku rzecz jasna. To już ten czas. Sceneria genialna - w lesie lekki półmrok, dookoła cisza i niebezpieczne rozmowy jeleni. Nawet Rulon poczuł lekką grozę. Zresztą posłuchajcie sobie:


Szlaki w Górach Sowich są silnie nastawione na rowerzystów. Potencjalne niebezpieczeństwa czyhające na miłośników MTB są szczególnie wyróżnione.

Świetna sprawa! Rowerzyści, ruszajcie w Góry Sowie.


Wszelkie przeszkody nie są usuwane, wystarczy je tylko specjalnie oznaczyć i patrzeć pod koła.


Tego dnia naszym najwyższym szczytem była Kalenica (964 m. n.p.m.) z metalową, nie budzącą zaufania wieżą. Jednak w momencie kiedy się jej zaufało, odpłacała się fantastycznym widokiem, a właściwie panoramą na całe Sudety. A skoro wspominam, ze to był nasz najwyższy szczyt, oznacza to, ze nie zdobyłyśmy Wielkiej Sowy. Zabrakło nam jasności dnia. Czyli na pewno tu wrócimy.

Wieża, która przeraziła Rulona...


Do tego stopnia, że musiał zamknąć oczy!


Ale za to widoki z wieży przepiękne!

W drodze do Zygmuntówki.

Ostatnim etapem naszej sudeckiej wędrówki było zejście z Zygmuntówki do stacji kolejowej Ludwikowice Śląskie. Beata opowiadała mi o reportażu "Miedzianka" Filipa Springera. I właśnie go czytam. I choć nie doszłam jeszcze do połowy książki, to już  wiem, że będę polecać. Ale to w swoim czasie.
I tak zakończyła się nasza podróż w pełnym słońcu po sudeckich szlakach. Przyznaję, że dawno nie byłam z plecakiem w górach. Wolne chwile spędzam z rowerem. Niemniej stwierdzam, że trochę mi tego brakowało. Myślę, ze czasem się na szlaku pojawię, tak na parę dni. Na dłuższe wyprawy pozostaję wierna dwóm kółkom :)

I niestety nadszedł finał naszej eskapady.

w Sudetach nie ma Norwegii

To było moim odkryciem wyjazdu. Nie było "Norwegii". Już wyjaśniam o co mi chodzi. Otóż ja podświadomie spakowałam plecak, w taki sposób, w jaki pakuję sakwy rowerowe. I to do Norwegii. W związku z tym podczas czterech, ciepłych wrześniowych dni miałam do dyspozycji getry podszyte polarem, ciepłą kurtkę softshellową, czapkę, chusty. Do tego zabrałam mnóstwo rzeczy, które podbijały wagę, której na rowerze się tak nie czuje, bo plecy są wolne. Cóż. Następnym razem Rulon też dostanie plecak i sam będzie sobie karmę nosił, a co! :)

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka