czwartek, 27 lutego 2020

Wyjątkowi ludzie napotkani w trasie.

 

Poza spektakularnymi widokami, Norwegia urzekła mnie swoim stoickim spokojem. Na swojej drodze spotykałam wielu ludzi, którzy mnie zagadywali, ale nie byli oni tak inwazyjni jak w przypadku krajów śródziemnomorskich. Jest coś magicznego w nawiązywaniu znajomości podczas podróży. Pamiętam każdą osobę, z którą rozmawiałam i bardzo cenię sobie te spontaniczne spotkania.

 

A jacy są właściwie ci Norwegowie? 

Przede wszystkim nie narzucają się. Czyli nie tworzą specjalnego szumu na widok sakwiarza. Kiedy miałam ochotę porozmawiać, to chętnie podtrzymywali konwersację, jak miałam ochotę posiedzieć sama, to nie było z tym najmniejszego problemu. Owszem, byłam często zaczepiana. Wydaje mi się, że obojętnie w jakim kraju, turyście podróżującemu samotnie zdarza się to częściej niż jadąc we dwójkę bądź w większej grupie. Zwłaszcza w przypadku podróżującej samotnie dziewczyny.

Norwegowie często pytali mnie jak się żyje w Polsce, jak działa nasza Policja, czy na drogach jest bezpiecznie, jaka jest pogoda i czy jest wysoki stopień kradzieży i pijaństwa. To wbrew pozorom nie były złośliwe pytania. Każdy naród ma swoje stereotypy. Z ciekawostek wiele osób kojarzyło Radom, co było dla mnie zaskoczeniem. Podczas całej 30-dniowej podróży nie zetknęłam się z niemiłym komentarzem, nieprzyjemną sytuacją ze strony ludzi, których spotykałam na swojej drodze. Jedyne czego unikałam, to zaproszeń do domu, które pojawiały się ze strony Panów. Po co kusić los, co nie?


 

Woda w butach w ciepłym Volvo


Przykładowo Ingrid zatrzymała się swoim potężnym Volvo obok przystanku autobusowego, pod wiatą którego schroniłam się przed deszczem . Zamieniła ze mną kilka zdań, po czym stwierdziła, że mnie podwiezie 50 km, bo i tak jest to po mojej trasie, a wyjedziemy z tej okropnej chmury, a tam dalej na południe już się przejaśnia. Nie upierałam się zbyt długo, bo przy każdym ruchu stopy czułam jak radośnie chlupie mi tam woda. Po dłuższych manewrach z upychaniem roweru, czterech sakw oraz namiotu, siedziałam przez 40 min w ciepłym samochodzie, czując jak nabieram nowych sił. Czy gdybym była mężczyzną, Ingrid by mnie podrzuciła? Nie wiem. Aczkolwiek mam wrażenie, że płeć mi w tym wypadku pomogła.

 Truskawki na drogę


Podobna sytuacja, już pod Trondheim. Zgubiłam się w mieście, bardzo długo szukałam drogi na Åndalsnes , kiedy wreszcie szczęśliwie wyjechałam, zrównała się ze mną sympatyczna rowerzystka. Brohild. Bardzo miło nam się rozmawiało. Kiedy zostałam zapytana o narodowość, kobieta się szeroko uśmiechnęła: „Z Polski? To w takim razie zapraszam Cię do siebie na kawę, mam dla Ciebie niespodziankę”. Po chwili dojechałyśmy na farmę truskawek, gdzie Bronhild mieszka z mężem, trójką dzieci i gdzie pracują u niej Polacy. Kawa przeciągnęła się do nocnych Polaków rozmów i tak, zupełnie się tego nie spodziewając, zostałam na noc na farmie. Dostałam do dyspozycji własną przyczepę z łóżkiem (!), możliwość skorzystania z prysznica oraz przeprania rzeczy. Zapewniono mi także grę w kalambury w trzech językach jednocześnie (polski, bułgarski i angielski), a rano odprawę w postaci 2 kg truskawek na drogę i to tych najsłodszych. Spontaniczność jest jedną z najbardziej cenionych przeze mnie rzeczy, które tworzą tzw. magię podróży.




Czeska śliwowica i bilet do kina

Czeskiej śliwowicy napiłam się tuż po dotarciu na Nordkapp. Zsiadłam z roweru, a tu biegnie zapoznany parę dni wcześniej przesympatyczny Czech. Ciągle mijaliśmy się na drodze. On był szybszy, bo na bicyklu (!) i bez bagażu, a ja się spokojnie telepałam na północ. Objechał na tym swoim nietypowym rowerze pół Europy. Niesamowity człowiek! A ta śliwowica była genialnym zwieńczeniem trasy na Nordkapp. 
Z drogą na północ wiąże się jeszcze jedna historia. Otóż jadę sobie jadę, pod wiatr, jak to na Magerøyi, aż tu nagle zatrzymuje się samochód. Norweskie blachy. "Ty tak jedziesz sama?". No jadę. "No to bomba! Podoba mi się to, a Wam? Wtedy Pan przeniósł wzrok na swoich przyjaciół. Im chyba też się podobało, bo oddali mi bilety do kina i muzeum, które znajdują się w budynku turystycznym na Nordkappie. "Możesz jeszcze kogoś zabrać, to podwójny bilet". I puścił oczko. Nikogo nie zabrałam, ale zwiedziłam wszystko dokładnie i bardzo dobrze, bo był film o zorzy polarnej.


 

Gulasz z Polski


Kiedy jechałam już Drogą Orłów spotkałam na parkingu parę z Olsztyna. ”Widzieliśmy Cię jak jechałaś, mijaliśmy się ostatnio bardzo często”. Myśleli, ze jestem tutejsza. Państwo, podobnie jak ja mieli miesiąc na swoją podróż, postanowili skupić się na południowej Norwegii oraz Szwecji. W swoim transicie mieli dosłownie wszystko i wszystko było z Polski. I tak oto dostałam na drogę klopsiki, flaki, pasztet podlaski i kabanosy! I coś bardziej wartościowego kontakt listowny z przesympatyczna parą z Olsztyna.




Gruziński taras

Wszystkie osoby wymienione w poście związane są z moją samotną wyprawą do Norwegii. I już myślałam, że tego posta skończę... ALE przeczytałam raz, a potem drugi. I stwierdziłam, że czegoś mi tu brakuje. Czego? Opisania Polaków, których spotkaliśmy z Jankiem w Gruzji. A było to tak: przepedałowaliśmy przez Gruzję, potem przez Armenię, koniec trasy był w Tibilisi, a dokładniej w polskim hostelu. Byliśmy wykończeni, bo jak doskonale wiecie góry są tam wysokie i kilkunastokilometrowe podjazdy były normą, także ostatnie dni spędzaliśmy na regeneracji. A najlepszym sposobem regeneracji był taras tego hostelu. Podczas jednej z regeneracji spotkaliśmy tam chłopaków, którzy również byli nieco zmechaceni wyprawą - oni wracali z udanego wejścia na Kazbek. I tak od słowa do słowa przypadliśmy sobie do gustu i wspólnie spędzaliśmy czas na gruzińskim balkonie. Po powrocie do Polski, Bartkowi udało się nawet przyjechać Gdańska!

Myślę, że się ze mną zgodzicie, że spotkania w podróży należą do wyjątkowych. Patrząc pod kątem psychologicznym, to na urlopie jesteśmy zrelaksowani, szczęśliwsi, przepełnieni pozytywnymi emocjami jakie daje nam przygoda i pokonywanie trasy, osoby, które spotykamy na swojej drodze od razu to wyczuwają i chętniej nawiązują z nami kontakt. Ale mam wrażenie, ze te kontakty sa naprawdę silne.

* jeśli chodzi o farmę truskawek, to wróciłam tam po dwóch latach, ale tym razem do pracy. Jeszce Wam to opiszę, bo to fascynujący temat!

A jakie są Wasze przygody z nawiązywanie znajomości w trasie?

Ps. Skoro pojawiła się namiastka Guzji w poście, to obiecuję (!), że  ten temat w najbliższym czasie zostanie przybliżony.

Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka